Strzepnąłem swój przeciwdeszczowy płaszcz i powiesiłem go przy wejściu do pokoju, w którym prowadziliśmy rozmowy telefoniczne. To będzie trudna noc, pomyślałem. Ponura pogoda zazwyczaj oznaczała więcej dzwoniących do telefonu zaufania, dwudziestoczterogodzinnej, zapobiegającej samobójstwom gorącej linii w Nowym Jorku. W trakcie pięciogodzinnego dyżuru ma się do czynienia z różnego rodzaju rozmówcami: samotnymi, zdesperowanymi, złymi. Niektóre telefony są błahe, inne nieprzyzwoite. Ale pod koniec dyżuru zdarza się na ogół jeden telefon, jedna osoba w potrzebie, która w jakiś dziwny sposób jest w stanie pomóc mi tak, jak ja jej pomagam.
Dzisiaj to będzie Carol.
Wkrótce po moim wejściu, po tym jak powiedziałem szybkie „cześć” innym ochotnikom i usiadłem w moim kąciku, zadzwonił telefon.
— Telefon zaufania — powiedziałem.
Powitał mnie znajomy głos —Jody. Niekiedy dzwoniła codziennie. Rzadko dlatego, że akurat miała poważny problem. Przeważnie czuła się samotna; dla wielu dzwoniących to największy problem. Porozmawianie z jednym z nas było sposobem jego rozwiązania.
Jody dbała o to, by nie zajmować linii zbyt długo. Telefon znowu zadzwonił. Ten rozmówca był raczej wściekły niż zdesperowany. Jakiś samochód stanął na jego podjeździe. Pytał, do kogo ma zadzwonić, żeby go usunięto.
— Proszę pana — przerwałem — ta linia ma zapobiegać samobójstwom.
— Mogę się zabić, jeśli ktoś nie zrobi czegoś z tym
gratem!
Wzdychając, szybko przekartkowałem książkę telefoniczną i znalazłem numer, który mógł być pomocny.
Następny telefon był głuchy. Zdarza się tak przeważnie, gdy rozmówca chciałby usłyszeć osobę przeciwnej płci lub wybierze zły numer. Często po prostu ludzie boją się mówić. Za tych rozmówców zawsze zmawiam modlitwę.
Następna była Dee. Mąż ją bił.
— On nie może się dowiedzieć, że rozmawiam
z panem — szepnęła, kiedy skierowałem ją do opieki społecznej.
Takie telefony, telefony od ludzi znajdujących się w strasznej sytuacji, były najsmutniejsze. Ochotnicy z telefonu zaufania są ćwiczeni w zachęcaniu ich, żeby zrobili choć jedną rzecz pomagającą rozwiązać ich problem, zaraz po tym, jak odłożą słuchawkę. Mam nadzieję, że Dee przynajmniej zadzwoniła do schroniska. Jeśli nie teraz, to może którejś nocy tam pójdzie. I tak mijała noc. Jeden mężczyzna stracił przyjaciela z powodu AIDS — mogłem mu dać numer telefonu do grupy skupiającej osoby znajdujące się w podobnej sytuacji. Prawnik, który stracił pracę parę miesięcy temu, długo ze mną rozmawiał. Zadzwoniła kobieta, mówiąc o swojej walce z rakiem. Znowu kilka głuchych telefonów. Kiedy zacząłem myśleć o pójściu do domu, zadzwoniła Carol.
— Nie jestem pewna, czy mój problem jest ważny
— zaczęła przepraszająco. — Przyjechałam do tego miasta dwanaście lat temu, żeby zrobić karierę jako projektantka mody. Na początku było dobrze. Zaczęłam odnosić sukcesy. Spotkałam chłopaka — to było poważne.
Wtedy sprawy przestały się układać. W jednej firmie nie mogła się porozumieć z szefem, inna upadła. Aktualna praca jej nie zadawalała, ale trudno znaleźć lepszą. Narzeczony ożenił się z inną. Teraz, w przeddzień swoich trzydziestych piątych urodzin, Carol czuła, że jej życie to po prostu seria rozczarowań i niepowodzeń.
—Jestem taka zła — płakała. — Jestem zła na Boga! Po tych wszystkich latach, w których myślałam,
że opiekował się mną… Jak On mógł na to pozwolić? Przestaję już w Niego wierzyć!
Carol i ja długo rozmawialiśmy. Ostatecznie powiedziała:
—Czuję się lepiej, kiedy się przed kimś otworzę. Ciągle walczyła ze swoim cierpieniem, kiedy mówiła do widzenia, ale naprawdę nie martwiłem się o nią już więcej. Oboje zgodziliśmy się, że będzie dla niej lepiej, jeśli zadzwoni do przyjaciółki i uczci swoje urodziny, jedząc z nią lunch następnego dnia. Kiedy odkładała słuchawkę, wyczułem słabą nutę nadziei, której nie było na początku naszej rozmowy. Chwyciłem płaszcz i wyszedłem w noc. Deszcz przestał padać, miasto wyglądało lśniąco i czysto, błyszcząc jak ciągle mokry obraz olejny. Uśmiechnąłem się. Tak, wszystko będzie dobrze z Carol. Byłem o tym przekonany, wiedziałem coś, o czym ona nie miała pojęcia: rozmawiała z kimś, czyja historia była taka sama jak jej.
Przybyłem do tego miejsca pełnego możliwości, tej mekki marzycieli, żeby zostać aktorem. Dostałem kilka ról. Wszystko zapowiadało się nieźle. Potem moje życie nagle runęło. Kariera się załamała. Krewni zawiedli. Bliski przyjaciel wyprowadził się z miasta. Rodzina była tak daleko. Przez wiele dni i nocy towarzyszyła mi myśl o samobójstwie. Chciałem wydostać się z cierpienia. Pewnej nie kończącej się nocy wykręciłem 411 i błagałem operatora o pomoc. Dał mi numer telefonu zaufania. Telefon odebrał jakiś mężczyzna. Rozmawialiśmy. Wiedział, jak słuchać. Kiedy powiedziałem, że jestem zły na Boga i już w Niego nie wierzę, zadał mi pytanie, które mną wstrząsnęło: ,Jak możesz być zły na kogoś, kto nie istnieje?”
To pytanie zadałem Carol. Powiedziałem jej, że tylko ludzie, którzy prawdziwie wierzą w Boga, mogą być na Niego źli. Carol zdała sobie sprawę, jak ja kiedyś, że Bóg jest ciągle w jej życiu. Jak ja, znajdzie swoją drogę. Byłem pewien.
To, co robiłem w telefonie zaufania, było drobną rzeczą. Ludzie tam pracujący próbują podtrzymać nadzieję, nawet jeśli będzie ona tylko migoczącym żarem. Moje doświadczenie mówi mi, że ludzie mogą znieść wszystko, ale nie beznadziejność.
Lubię myśleć, że pomagamy nawet tym rozmówcom, którzy boją się mówić. Może dla nich nadzieja tkwi w tym, że w ogóle ktoś odbiera ich telefony. Wierzę, że tak jest.
Richard Dickens, Nowy Jork
Źródło: „Cuda zdarzają się co dzień. Antologia opowiadań prawdziwych”, Media Rodzina, Poznań, 2001.
