Cud na przełęczy

Nancy i ja wracaliśmy do domu przez góry Kolorado po okresie wakacji spędzonych z jej rodziną. Jej rodzice oraz brat z żoną zabrali dżipa na przeprawę przez przełęcz, więc ja i Nancy prowadziliśmy dwa samochody kempingowe z dziećmi.

Wszystko szło zgodnie z planem, dopóki nie zaczęliśmy pokonywać przełęczy. Wzrost wysokości, na jakiej się znajdowaliśmy, niekorzystnie oddziaływał na samochodowe gaźniki. Nachylenie powodowało ucieczkę masy paliwowej. Zjechaliśmy na pobocze jakieś trzy kilometry od szczytu mierzącego około 3500 m n.p.m. Bak paliwowy wypełniony był jeszcze w jednej czwartej, ale teren, na którym się znaleźliśmy, był tak nachylony, że paliwo nie docierało do silnika. Wpadłem wtedy na pomysł, że doleję trochę benzyny do gaźnika, czym spowoduję zapłon. Odessałem trochę paliwa do szybkowaru i umieściłem go między przednimi siedzeniami. Poprosiłem Isadorę, moją najstarszą siostrzenicę, o pomoc, pod czas gdy jej siostra Alisha pilnowała psów z tyłu.

Isadora zaczęła powoli wlewać paliwo do gaźnika. Silnik zaskoczył i po chwili zgasł. Podczas gdy ona nadal dolewała paliwa, ja zmieniałem biegi. Plan się powiódł! Samochód ruszył i zaczęliśmy jechać, gdy nagle gaźnik strzelił i z silnika buchnęły płomienie. Isadora upuściła blaszaną puszkę z paliwem obok szybkowaru. W jednej chwili zdałem sobie sprawę, że grozi nam niebezpieczeństwo. Oboje rzuciliśmy się do drzwi. Chwyciłem ją i wypchnąłem na zewnątrz, ale gdy kopnąłem szybkowar, oblałem się paliwem. Gdy miałem już wyskoczyć, spostrzegłem, że samochód zaczyna się staczać. Z tyłu uwięziona była Alisha. Przedarłem się przez płomienie na siedzenie kierowcy, wcisnąłem pedał hamulca i za ciągnąłem hamulec bezpieczeństwa. Rzuciłem się z powrotem do drzwi, ale żar tak je wypaczył, że ani drgnęły. Szarpałem za nie bezskutecznie. Moje ubranie zajęło się ogniem. Gdy wyjrzałem przez okno i zobaczyłem Nancy z dziećmi, pomyślałem: Nie uda mi się! W tym momencie drzwi otworzyły się same! Wyskoczyłem i zacząłem tarzać się, aby ugasić ogień. Nagle poczułem czyjeś ręce chwytające mnie za ramiona w chwili, gdy jedna z moich nóg wypadła poza krawędź 200-metrowego urwiska. Pobiegłem do samochodu kempingowego. Do tego czasu dzieci ugasiły pożar i byliśmy bezpieczni. To, że przeżyłem, było cudem. Ten ktoś, kto otworzył wtedy drzwi samochodu i chwycił mnie, gdy byłem już prawie za krawędzią urwiska, to musiał być mój anioł stróż.

Terry Nelson

źródło: Kay Kuzma, Zdrowi na co dzień, CHIW „Znaki Czasu”.

Podziel się na:
  • Facebook
  • Twitter
  • email

O SiegnijPoZdrowie

Stowarzyszenie Promocji Zdrowego Stylu Życia - filia w Poznaniu
Ten wpis został opublikowany w kategorii Słowa, które leczą i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *